4

Witajcie!

Wreszcie nadszedł trochę spokojniejszy tydzień… na co dzień na studiach dużo pracy, od poniedziałku do środy całe dnie spędzam na uczelni. Na szczęście wybrałam kierunek, który mnie interesuje, więc łatwiej jest się uczyć. Teraz właśnie apropos studiów. W tym semestrze wreszcie mam przedmiot, na który czekałam już od roku. “Podstawy żywienia człowieka”.
Wykłady są bardzo interesujące, prowadzi je pani dr, która jest współautorką jednej z książek o żywieniu człowieka. Na ostatnich zajęciach obliczaliśmy PPM (czyli termogeneza podstawowa, najprościej tłumacząc, jest to E zużywana na tzw. potrzeby bytowe w organizmie znajdującym się w stanie spoczynku: do oddychania, biosyntezy, transportu aktywnego, przewodzenia impulsów).
Łatwe i ogóle wzory:
dla kobiet: 0,9 kcal x masa ciała (kg) x 24 h
dla mężczyzn: 1 kcal x masa ciała (kg) x 24 h

Liczyliśmy to bardziej skomplikowanymi wzorami, do których trzeba najpierw obliczyć powierzchnię skóry, uwzględnić wagę i wzrost. Różnica wyników jest niewielka, średnio ok. 100 kcal. I tak dla mnie PPM= ok. 1500 kcal. Byłam zdziwiona, że tak dużo!
Następnie liczyliśmy CPM (czyli termogeneza całkowita: całodobowy wydatek energetyczny organizmu związany z jego normalnym funkcjonowaniem). Przy obliczaniu CPM uwzględniamy czynności codzienne, takie jak gotowanie, sprzątanie, ubieranie się, robienie fryzury i makijażu, aktywność fizyczna, transport, sen. Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła, było to, że nasz organizm na ‘bytowanie’ podczas snu mój organizm potrzebuje 475 kcal! Korzystając ze szczegółowych przeliczników i uwzględniając czas poświęcony na dane czynności, moja CPM= 2765 kcal (nie biorąc do obliczeń 2h ruchu na siłowni!). Spokojnie… nie zjadam tyle na co dzień :)
Przypomniał mi się artykuł z SL, ukazał się jakiś rok temu: “Matematyka odchudzania”. Było tam napisane, że dla kobiet, minimalna dawka kalorii w na dzień to około 1400 kcal, czyli tyle, ile u mnie wyszła mniej więcej PPM.
Teraz, kiedy spędzam sporo czasu na siłowni, dbam o to, aby dostarczać organizmowi jak najwięcej tego, czego mu potrzeba. Nie wyrzucam już sobie zjedzonego kawałku ciasta, nie chodzę od 19 głodna. Pilnuję regularności posiłków, dbam o dużą ilość warzyw. Słodycze oczywiście ograniczam (do świąt ZERO!!!). Do sylwestra wykluczyłam też alkohol.
Niezawodny element diety zimowej! (znaleziony oczywiście w SL… :) ). Codziennie wieczorem zjadam łyżeczkę miodu. Jeśli mam ochotę, aby coś mnie rozgrzało, wypijam gorące mleko posłodzone łyżeczką miodu lub… taki mój eksperyment: kawa zbożowa z mlekiem i miodem. Mniam! Wierzę, że podnosi moją odporność i naprawdę zmniejsza apetyt na słodycze.
Kupiłam też książkę “Żywienie człowieka – podstawy nauki o żywieniu” (J. Gawęcki, 2010). Zabieram się za lekturę i obiecuję dzielić się ciekawostkami ;-)

ZIMA… kocham zimę! Zimowe spacery, mróz, śnieg… the best of the best :) Czekam na weekend, mam nadzieję na jakiś udany wypad z aparatem. A Wy jak zapatrujecie się na atak zimy?

Pozdrawiam z zaśnieżonego i mroźnego Olsztyna!
Bianka.


5

Wydaje mi się, że kiedyś w “SL” znalazłam list jednej z czytelniczek właśnie o takim tytule, jak powyższy. Napisała o tym, jak schudła po pewnych życiowych wojażach w wyniku stresu. Kiedyś zawsze zajadałam stres, najczęściej czekoladą. Dziś śmiało mówię- jestem z siebie dumna. Nie zajadłam, chyba drugi raz w życiu, stresu! Ani czekoladą, ani ciastkami, ani niczym innym. Efekt? -2 kg w 3 dni. Jednak… nie życzę nikomu stresów, zwłaszcza tych wywołanych przykrymi wydarzeniami w życiu. “Ból doświadczony wczoraj… staje się moją siłą dzisiaj.” I tego się trzymam.

Na poprawę humoru przytrafiła mi się zupełnie nieprofesjonalna sesja, której efekt bardzo mi się podoba. “SL” w styczniu spełniła jedno z moich marzeń, umożliwiając mi poznanie pracy modelki, fotografa, redakcji… Tak, to było niesamowite przeżycie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda mi się wziąć udział w profesjonalnej sesji… kocham zdjęcia!

fot. A.K. (proszono mnie o podanie jedynie inicjałów)


3

Witajcie!

Lubię każdą porę roku, umiem podczas każdej z nich znaleźć coś pięknego. Jesień zachwyca mnie kolorami… Kolorami i swoim ‘klimatem’, który skłania do refleksji, który pozwala się relaksować. Kiedyś mi ktoś napisał: “Zdjęcia jesieni ponoć należą do najpiękniejszych”… Chyba tak ;-)

Polecam jesienne spacery… Szczególnie pięknie jest w lesie… magicznie! W sobotę wybrałam się z moim chłopakiem na spacer nad jezioro, żeby pocykać trochę fotek. W końcu odwiedziliśmy 2 jeziora (mamy to szczęście mieszkać w Krainie Tysiąca Jezior) i spędziliśmy spacerując 3h! :)

Jak już wcześniej wspominałam, zmagam się z anemią. Powtórzyłam niedawno wyniki, jest lepiej, ale nadal za mało czerwonych krwinek i za mały hematokryt. Myślę pozytywnie i jestem spokojna, jeszcze trochę czasu i wszystko naprawię :)

Kiedyś znalazłam przepis na ciasteczka dietetyczne, który zawierał jednak olej i cukier. Zmodyfikowałam go i… otrzymałam pyszne ciasteczka, w sam raz nawet na jesienny wieczór, ponieważ nie zawierają dodatkowego tłuszczu i cukru! Dodatkowo są bogate w żelazo, ponieważ zawierają żółtka jaja, suszone morele i słonecznik. Są naprawdę rewelacyjne, gorąco polecam i podaję przepis:

-1 szkl. otrąb owsianych

-3/4 szkl. płatków gryczanych

-1/2 szkl. siemienia lnianego

-3/4 szkl. słonecznika łuskanego

-9 suszonych moreli

-3/4 szkl. soku jabłkowo-brzoskwiniowego bez cukru

-2 jaja

Suche składniki (otręby, płatki, słonecznik, siemię lniane) łączymy razem w 1 misce. Suszone morele zalewamy ciepłą wodą, odsączamy, kroimy w kostkę i dodajemy do suchych składników. W oddzielnej misce mieszamy sok z żółtkami, białka ubijamy na sztywną pianę. Do suchych składników dodajemy żółtka wymieszane z sokiem, mieszamy. Na koniec dodajemy ubite białka i mieszamy. Ciastka nakładamy łyżeczką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec 30-40 min w temp. 180′ (pilnować, żeby się nie przypaliły!). Następnie przełożyć ciasteczka na drugą stronę i podpiec jeszcze 10 minut. Po wyłączeniu piekarnika zostawić je w nim na ok. 5 minut.

Smacznego!

PS Ania pytała o przepisy na koktajle. Aniu, zazwyczaj sama je wymyślam… biorę po prostu jogurt, jakiś owoc (zazwyczaj taki, który mam pod ręką)… i gotowe ;-) Ale jak wymyślę coś naprawdę pysznego, chętnie się tutaj podzielę.


2

Lubię studiować! Z entuzjazmem i uśmiechem na twarzy pobiegłam na pierwsze wykłady i zajęcia. Jest to z pewnością zasługa ciekawych przedmiotów (np. na fizjologii zwierząt badaliśmy sobie grupy krwi, poznaliśmy mechanizm działania badań takich jak OB, dobrze jest teraz wiedzieć, co znaczą wszystkie hieroglify na kwitku z laboratorium podpisanym ‘badanie’). Wiem, że niedługo będę płakać nad biochemią żywności i inżynierią procesową, ale za to z niecierpliwością czekam na zajęcia z podstaw żywienia człowieka.

Niedawno zdałam sobie sprawę, że bardzo ważne jest dla mnie to, że mogę studiować w swoim mieście, na dobrej uczelni. Mieszkam w domu, wracam zawsze do ciepłego domku, w którym zazwyczaj ktoś jest, nie muszę martwić się o wydatki (zjeść dziś śniadanie czy poczekać do obiadu…?), wszystko na miejscu, znajomość miasta = bezcenne. Blisko przyjaciele (aczkolwiek niektórych mam daleko), znajomi, rodzina. Naprawdę same zalety :)

Zastanawiam się, czy na jesień i zimę nie zapisać się na siłownię. Nie chodziłabym sama, a dla mnie to bardzo ważne, inni mnie motywują. Decyzja zapadnie w przyszłym tygodniu.

Zdjęcie z Kolonii, sierpień 2010, z moim bratem (tzn. dokładniej: kuzynem).  Jeju… wakacje w moim przypadku, jak już wspomniałam, nie sprzyjają utrzymaniu szczupłej sylwetki. Nie mogę patrzeć na te zdjęcia! Dobrze, że wracam do siebie…

PS polecam na drugie śniadanie, na pobudzenie koktajl bananowo-grejpfrutowo- kawowy :) Jak zrobić? Pół banana, 1/4 grejpfruta, 1/2 filiżanki mocnej rozpuszczalnej kawy, małe opakowanie jogurtu naturalnego, łyżka siemienia lnianego. Wszystko zmiksować. PYYCHA!


1

Chyba utrzymanie diety na wyjazdach, a raczej moich koncertowych wojażach to nie lada wyzwanie. Tzw. “koncertowy wojaż” wygląda mniej więcej tak: raniutko pociąg do docelowej miejscowości, podróż, ewentualne przesiadki i postoje (rzadko jest czas na ciepły posiłek), koczowanie przed barierkami, koncert, spotkanie z zespołem, oczekiwanie całą noc (!!!) na pierwszy ranny pociąg do domu, koło południa lub po południu powrót. Jest zimno, nie można wziąć z domu sałatki czy też lekkiej kanapki, bo: a) nie dotrzyma świeżości do dnia następnego b) nie przeżyje w plecaku… Poza tym zmienia się rytm i pory posiłków, trzeba coś zjeść w nocy, skoro się nie śpi, spaceruje lub siedzi w zimnie… Ale dzielnie dałam radę, nie skusiłam się na żaden fast food (w sumie to za nimi nie przepadam, ale na wyjazdach się zawsze sprawdzały), nie skusiłam się na żaden słodycz! Na dworcu dzielnie kupiłam brzoskwinie i banany :)

Chciałam napisać kilka słów o owym koncercie. Był to koncert Ich Troje w Świerklanach koło Rybnika. Z Olsztyna to jedyne 11 h pociągiem! Moja przygoda z zespołem zaczęła się 7 lat temu, kiedy Justynę zastąpiła Ania Świątczak. I tak mnie zaczarowali… “i poniosło mnie… uuuuu w ten cudowny sen…! Kiedy byłam młodsza, żyłam od koncertu do koncertu, pasja zaczęła się oczywiście od miłości do czerwonych włosów. Z czasem jednak udało mi się nawiązać kontakt z Anią, a później z Michałem i Jackiem. To jest zespół, który ma najwierniejszych fanów w tym kraju. NIEPOKONANA ARMIA ICH TROJOWIAN. Jesteśmy z tym Zespołem zawsze… i wszędzie…! Niestety, Ania zakończyła właśnie karierę w zespole. Pracuje nad solową płytą. Zespół szuka wokalistki.  Koncert w Świerklanach był koncertem pożegnalnym… Było to dla mnie bardzo przykre wydarzenie. Zakończył się pierwszy etap mojej życiowej przygody… wspaniałej przygody… i to zakończył się ten lepszy etap, dziecinny i beztroski. Co moje, to moje, wspomnień nikt mi nie odbierze. Cieszę się, że mogłam na scenie złożyć Ani podziękowania w imieniu wszystkich fanów. To było niesamowite przeżycie. Na koniec kilka zdjęć:

PS Dzienniczek ćwiczeń zdaje egzamin! :)


0

Chciałam zameldować, iż biochemia zaliczona, więc oficjalnie jest studentką drugiego roku :)

Jednak potrzebuję mobilizacji, aby coś w swoim życiu zmieniać. Mobilizować mogą różne czynniki: wsparcie i dopingowanie najbliższych, ważne wydarzenia, a czasem nawet negatywne opinie znajomych. Na mnie zdecydowanie najlepiej działa wsparcie i słowa otuchy… Rzadko wzbudza się we mnie jakiekolwiek chęci poprzez krytykę.

Często poleca się zakładanie dzienniczków odchudzania, w których zapisuje się przede wszystkim, co się zjadło danego dnia. Na pewno pozwala to wykluczyć wszelkie błędy, daje pełen obraz naszej diety. Moje dzienniczki odchudzania nie przeżyły nigdy dłużej, niż 2 dni… Teraz postanowiłam zapisywać wszystkie ćwiczenia, jakie wykonuję, z podziałem na dni i tygodnie. Tydzień 1 to tzw. “rozruch” przecież ważne jest, by nie przesadzić na początku z ćwiczeniami. Zapisuję też, na jakie części ciała wykonałam ćwiczenia, to pozwoli mi kontrolować i zaplanować harmonogram ćwiczeń.

Znalazłam dziś w sieci ciekawe “zdjęcia porównawcze”. http://www.wykop.pl/ramka/463859/nie-umiem-schudnac-oni-tez-nie-umieli/  Aż chciałoby się je sobie wydrukować! Dzięki takim ludziom wierzę, że i ja osiągnę swój cel. Potrzeba trochę pracy i chęci. No i wcześniej wspomnianego wsparcia…


4

Czy wakacje sprzyjają odchudzaniu i utrzymaniu szczupłej sylwetki? Chciałabym poznać Wasze opinie na ten temat. A tymczasem ja opowiem o sobie i wyrażę swoją opinię na ten temat…

Jeszcze zanim zaczęłam się odchudzać, moja waga zawsze wahała się w granicach +/- 4kg. Chyba u każdej z nas tak jest. Zdążyłam zauważyć, że w wielu kwestach żyję wszystkim i wszystkiemu na przekór… i tak jak większość z Was na lato chudnie, ma motywację: a to wyjazd i bikini, nowi ludzie, nowi znajomi… tak ja, zawsze, ale to zawsze na lato staję się większa! Mimo tego, że pływam, że spaceruję… częściej ulegam pokusom. Lody, grill, alkohol… a do tego, kiedy jest mi gorąco, nie mam na nic siły. Tak, jestem zimnolubna, zdecydowanie wolę zimę ;-) Tak też stało się tego lata… Nie wiem, ile mnie przybyło, bo nie mam wagi (i mieć nie będę!, przy odchudzaniu ważyłam się w dniu startu i na finiszu), ale po prostu czuję, że jest mnie więcej. Jakoś wrzesień napełnia mnie optymizmem (tu też jestem inna, bo lubiłam wracać do szkoły… teraz próbuję wystartować z nauką biochemii, za tydzień poprawka egzaminu), więc mam nadzieję… nie, ja nawet to wiem! Niedługo wszystko wróci do normy.

Kilka słów o wakacjach :)

Po miesiącu pracy udało mi się zaplanować fantastyczny sierpień. I tak najpierw wyjechałam z ciotecznym bratem i moim chłopakiem na koncert U2 do Hannoveru. Zespół jest zawodowy, giganci światowego rocka!! Rok temu zaczarowali mnie w Chorzowie, dlatego w styczniu kupiłam bilety na Hannover. Udało mi się podczas wyjazdu uniknąć fastfoodów i niezdrowego jedzonka, zabraliśmy ze sobą wszystko, co dobre i polskie. (uwaga! przed koncertem ukryliśmy pakunek z jedzeniem na drzewie, żeby go nie wyrzucać, bo nie mieliśmy noclegu w Hannoverze!). Po koncercie spędziliśmy kilka dni u znajomych w Duisburgu, zwiedziliśmy Kolonię (muszę się przyznać… odwiedziliśmy muzeum czekolady, ależ tam były zapachy! Przywiozłam na wyjątkową okazję likier czekoladowy…) i Aachen.

Dwa dni po powrocie pojechałam z rodziną i znajomymi do Chorwacji. Pięć lat temu udało mi się zwiedzić Dalmację, było naprawdę pięknie, w tym roku naszym celem była Istria. Również piękny region, charakterystyczne wpływy weneckie, ale… ale rok temu Toskania powaliła mnie na kolana i póki co Chorwacja jej na pewno nie przebiła. Chyba klimat w Chorwacji mi nie służy… czułam się źle. Ociężała, rozleniwiona, a starałam się odżywiać bardzo dobrze (warzywa, mięso, owoce, owoce morza… dopiero po 4 dniach skusiłam się na lody!). Obiecuję, że na przyszły rok zgubię więcej tłuszczyku, hehe!

Czekam na Wasze odpowiedzi na pytanie postawione na początku notki :)

Trzymajcie się ciepło! B.


2

Kochane Dziewczyny!

Cały czas narzekamy na swoje ciała, codziennie widzimy niedoskonałości i… nienawidzimy przez to siebie. Albo toczymy wewnętrzną walkę, której nikt nie widzi o… o akceptację. Akceptację nas samych takich, jakimi jesteśmy. Pewnie, to dobrze, że dążymy do ideałów, że chcemy wyglądać i czuć się lepiej…

W takim razie, niech każda z nas codziennie stanie przed lustrem, popatrzy na siebie i pomyśli, co u siebie lubi. Co uwielbia. Co kocha. Czego nie chciałaby zmienić. Na pewno każda znajdzie coś godnego uwagi. Liczę, że tak jak ja, podzielicie się z innymi bloggerkami swoimi “odkryciami” ;-)

Kiedyś uwielbiałam swoje duże, niebieskie i – jak niektórzy określają – migdałowe oczy. Uwielbiam je nadal :) Ale odkryłam niedawno, że uwielbiam… swoje nogi. Naprawdę! Chętnie kupuję krótkie spódniczki, zakładam szpilki… i wtedy czuję się bosko ;-)



1

Chyba najtrudniej jest przyznać się do porażki. Przyznać się do błędu.

A może to są właśnie kluczowe momenty w naszym życiu? Kiedy dostrzegamy po raz kolejny, że trzeba się zatrzymać, że trzeba zawrócić, albo… albo, że trzeba coś zmienić.

Niedawno obiecywałam sobie: zero słodyczy, dbanie o siebie. Obiecywałam tutaj, obiecywałam wszystkim. I zawiodłam. siebie, Was wszystkich, swoich najbliższych. Wróciły moje najgorsze nawyki, których już przecież się pozbyłam. Znowu trzeba z nimi walczyć, znowu trzeba je odrzucić i kategorycznie o niech zapomnieć. Dobrze, że zauważyłam w porę, kiedy jeszcze wcale nie jest za późno. Chociaż tak naprawdę to nie ja sama zauważyłam, to stało się zupełnie przypadkiem…

Jestem honorowym krwiodawcą. Chętnie co 3-4 miesiące idę do RCKiK w Olsztynie i wierzę, że może komuś tym ratuję życie. Zadzwonili do mnie z centrum z prośbą, czy na dniach mogłabym się pojawić i oddać krew. Oczywiście się zgodziłam. Kiedyś za każdym razem towarzyszył mi stres, teraz już tylko wypełniam ankietę, idę na badanie, oddaję krew i wychodzę. Nigdy nie zrobiło mi się słabo, zawsze czułam się świetnie. Po pobraniu próbki krwi na badanie czułam, że coś jest nie tak, bo panie pielęgniarki pobrały ode mnie jeszcze raz większą ilość krwi (czyli z żyły, a nie tylko z palca) i jedna z nich nerwowo biegała do laboratorium piętro niżej. Wezwał mnie lekarz i… nie mogłam uwierzyć. Wyniki tragiczne!! ANEMIA! Niedobór chromu! Chyba żaden z parametrów badania nie mieścił się w normie… straszne. Oczywiście na oddawanie krwi dyskwalifikacja, ale moje pytanie… dlaczego? Że co? Że ja za mało warzyw? Że zła dieta? Prześledziłam natychmiast w myślach ostatni miesiąc. Faktycznie.

Zaczynam dbać o siebie od nowa. Tak jak kiedyś…Póki co jest dobrze. Dziś nawet zmobilizowałam się do znienawidzonego przeze mnie biegania…

Trzymajcie za mnie kciuki!

B.


1

Nienawidzę takiego zastoju w blogowaniu! Przepraszam za brak notek, ale sesja, praca i obowiązki… mnóstwo spraw spadło mi na głowę, stąd ta przerwa. Teraz wszystko wróci do normalności i mam nadzieję, że oprócz dzielenia się swoimi przemyśleniami itd., podzielę się z Wami pomysłami.

Truskawki, truskawki, truskawki… TRUSKAWKI!! Stwierdzam zdecydowanie, że to moje ukochane owoce! W sezonie truskawkowym mogłabym je jeść na śniadanie, na obiad, na deser i na kolację… bez przerwy! To dziwne, ale ja od zawsze najbardziej lubiłam same, czyste truskaweczki, nie ze śmietaną i nie z cukrem i nie w galaretce… przecież one same w sobie są takie śliczniutkie i tak apetyczne! Mniam.

Czytaj dalej »